Przeprowadziliśmy wywiad z Bartoszem, a Paulę poprosiliśmy o relację z wyjazdu.

Warsztaty filmowe w Rakovicach, czyli jak zrobić film o śliwkach…
Od szóstego do dwunastego września b.r. miałam okazję uczestniczyć w Letniej Szkole Filmowej, która odbyła się w małej czeskiej wiosce o nazwie Rakovice, położonej niedaleko Pragi.
Już samo miejsce zakwaterowania, czyli piękny zabytkowy zamek w otoczeniu bujnej zieleni stworzyło niepowtarzalny klimat i inspirowało wyobraźnię.
Pojechałam tam wraz z Bartkiem Bednarzem i opiekunką z Centrum Edukacji Obywatelskiej – Magdą Chrzczonowicz.
Pierwszego dnia odbyły się zajęcia teoretyczne, wykładowcy uczyli nas, jak posługiwać się kamerą i mikrofonem. Warto dodać, że wszystkie wykłady były prowadzone w języku angielskim, ponieważ w tym przedsięwzięciu brały udział osoby pochodzące z pięciu krajów europejskich: Estonii, Rumunii, Słowacji, Czech oraz Polski.
Zostaliśmy podzieleni na grupy, w skład zespołu wchodziły cztery osoby, a każda z nich była innej narodowości.
Wszystkie grupy dostały profesjonalne wyposażenie: kamerę, statyw i mikrofon.
Każdego dnia o godz. 9 odbywała się lekcja teoretyczna, a następnie dostawaliśmy do zrealizowania zadanie praktyczne.
Pierwszego dnia mieliśmy nakręcić własny portret, co nie należało do prostych zadań, ponieważ większość z nas miała profesjonalną kamerę pierwszy raz w ręku. Sprostaliśmy jednak temu wyzwaniu!
Potem ćwiczyliśmy i oswajaliśmy się z kamerą i mikrofonem, trzeciego dnia mieliśmy nakręcić film na zagadnienia dane nam przez wykładowców, tematy były bardzo zabawne i mocno dyskusyjne, np. „Bread and butter”, „Bear and fridge”, “Plums”.
Ostatnim i najcięższym zadaniem, jakie otrzymaliśmy do wykonania, okazało się stworzenie własnego filmu dokumentalnego, na dowolnie wybrany przez siebie temat. W grupach iskrzyło od pomysłów i wrzało od dyskusji.
Bardzo trudno było znaleźć sam obiekt i wymyślić w związku z nim ideę filmu, ale na koniec - po całodniowych poszukiwaniach każda grupa pochwaliła się gotowym planem swojego filmu.
Następny dzień i noc poświęciliśmy na nakręcanie scen, przeprowadzanie wywiadów, no i składanie poszczególnych ujęć w całość, czyli montaż.
Uważam, że efekt końcowy był wart wspólnej ciężkiej pracy, która została zwieńczona pokazem naszych osiągnięć i bankietem, nie tylko dla nas, lecz także dla filmowych bohaterów z Rakovic.
Błyskawicznie minął mi ten niezapomniany tydzień pełen pracy, dobrej zabawy, wypoczynku i zdobywania nowych doświadczeń.
Paulina Lechowska, kl. 3 AG

Red.: Bartoszu, Twoje pierwsze wrażenia?
BB: Rewelacja!!!
Red.: Opowiedz nam, jak dotarliście do Rakovic.
BB: Pociągiem Intercity relacji Warszawa – Praga, który spóźnił się tylko 8 minut, co - nie ukrywam - zaskoczyło mnie bardzo. Wsiadliśmy do niego w Katowicach, do których dowiózł nas tata Pauliny, p. Wojtek Lechowski. Wsiedliśmy do wagonu i zapoznaliśmy się z resztą naszej polskiej „reprezentacji”, czyli Magdą i Danielem.
Red.: Jak minęła podróż?
BB: Miło i rozmownie. W okolicach 7 rano znaleźliśmy się na dworcu Hlavni Nadrazi w Pradze. Jako że do kolejnego połączenia (tym razem do Cimelic) mieliśmy ok. 7 godzin czasu wolnego, poszliśmy zwiedzać Stare Miasto. Ten spacer nie należał co prawda do najlżejszych, ponieważ przechadzaliśmy się z bagażami, ale za to na pewno był interesujący. Tak się nam dobrze zwiedzało, że cudem zdążyliśmy na kolejny pociąg.
Red.: Zaczęliście więc przygodą.
BB: Można tak powiedzieć. Potem, po 2 godzinach podróży czeskimi kolejami (tak samo „szybkie” jak w Polsce), dotarliśmy do Cimelic, miasta oddalonego od docelowych Rakovic o jakiś kilometr. Pierwsze wrażenie nie było zbyt dobre – zniszczony magazyn kolejowy (który później dzielnie służył nam jako miejsce zdjęć), przenikliwa pustka i drażniący mnie zapach i klimat wsi (wiem, jak pachnie, bo sam w podobnej mieszkam). Jednak z każdym krokiem Cimelice zaczęły zyskiwać w naszych oczach.
Red.: Rozumiem, że do Rakovic nie dojeżdża już żaden pociąg?
BB: Właśnie. Do docelowego miejsca musieliśmy pokonać jeszcze 2 km. Było ciężko, ale w końcu doszliśmy do miejsca naszego zakwaterowania. Wprawdzie wiedziałem, że będziemy mieszkać w zamku, ale jakoś nie mogłem sobie tego wyobrazić. W pewnej chwili naszym oczom ukazała się, na pierwszy rzut oka, ruina. Rozwalone mury, dziury w ścianach i odpadający tynk ze ścian potężnego budynku. Z wahaniem weszliśmy do środka. Jak się okazało, nie było tak źle z warunkami lokalowymi, ba!, nawet bardzo dobrze. Po rozpakowaniu bagaży zapoznaliśmy się z innymi uczestnikami Międzynarodowych Warsztatów Filmowych.

Red.: Ciekawi ludzie zapewne?
BB: Tak. Ludzie od początku wydawali się być mili i przyjacielscy. I tak było w praktyce. Nie spodziewałem się, że będziemy najmłodszymi uczestnikami Letniej Szkoły Filmowej! Większość poznanych przeze mnie osób była już pełnoletnia – byli to studenci i licealiści, ale na szczęście nie „doświadczyliśmy fali”. Potem, po raz pierwszy, poznaliśmy niewątpliwy talent naszej wyjazdowej kucharki, która przez cały czas pasła nas ormiańskimi smakołykami. Jedną z pamiątek z tego wyjazdu jest fakt, że wróciło mnie do Polski dwa kilogramy obywatela więcej. Smak rakovickich pierogów długo będę pamiętać
Po kolacji przywitaliśmy się z wykładowcami i resztą uczestników. Podzielono nas na grupy. Wysłuchaliśmy harmonogramu na kolejny dzień i obejrzeliśmy film pt.”AutoMat”. Potem uprawialiśmy czynną integrację i ok. 1 wszyscy położyli się do łóżek.
Red.: Opisz nam kolejne dni.
BB: Wiele się działo.
Poniedziałek, 7.09. Pobudka o 8. Śniadanie i pierwsze zajęcia. Temat: Praca kamery. Po krótkiej teorii kazano nam nakręcić własne portrety. Zadanie - o dziwo!- dość trudne, ponieważ musieliśmy w ciekawy sposób przedstawić własną osobę. Była to dobra okazja, aby lepiej poznać swoją grupę. Wyniki tych ćwiczeń w wielu przypadkach były intrygujące. Po przerwie na obiad mieliśmy kolejne ćwiczenia z kamerą. Dzień zakończył się pokazem filmu „Burma VJ”.
Wtorek, 8.09. Kolejny dzień zaczął się teorią na temat ujęć i montażu. Po obiedzie wykonywaliśmy treningowe, bez- dialogowe, krótkie (max. 15 ujęć) filmy na różne tematy. Jedna grupa dostawała tak prostą historię jak parzenie kawy, a jeszcze inna musiała nakręcić film… o śliwkach. Efekt był taki, że w niektórych przypadkach powstały małe arcydzieła. Owoc tego ćwiczenia, czyli film mojej grupy pt.”Slivovice” wkrótce będziecie mogli znaleźć na youtube.com . Wtorek należał do bardzo długich i intensywnych dni. Wczesnym wieczorem kończyliśmy montaż miniaturek filmowych, a później rozpalono ognisko, które trwało niemal do białego rana.
Środa, 9.09. Ten dzień był chyba najtrudniejszy. Musieliśmy znaleźć temat na nasz pięciominutowy film dokumentalny. Wymyślenie unikalnego i dobrego tematu w tak małej społeczności nie jest łatwe (przynajmniej dla mnie). Trzeba było wniknąć troszeczkę w życie miejscowych. Cały dzień chodziliśmy wzdłuż i wszerz Cimelic w poszukiwaniu historii, jaką opowiemy w naszym przyszłym dziele. Na szczęście każdy ( choć z trudem) znalazł coś dobrego. Na koniec dnia znów odbyło się ognisko. Dla tych, którzy już wystarczająco przewietrzyli się na eksploracji wsi, zorganizowano pokaz filmu „Cooking History”.
Czwartek, 10.09. Z racji tego, że byliśmy bardzo zaangażowaną młodzieżą, większość grup wstała już w okolicach 5:30, aby kręcić przy najlepszym, porannym świetle. Zdjęcia trwały niemal cały dzień. Chodzenie z całym ekwipunkiem było dość uciążliwe, ponieważ w poszukiwaniu właściwych obiektów/ludzi przemierzyliśmy kilometry. Lecz jeszcze cięższa praca dopiero była przed nami - montaż. Musieliśmy „skleić” nasz film. Co mnie zaskoczyło, to jakość sprzętu, na którym dane nam było pracować. Przejrzyste IMacki oraz naprawdę dobrej jakości kamery zdecydowanie ułatwiały pracę. Harówę nad montażem wszyscy zaczęli ok. 20. Wielu skończyło w okolicach północy, najwytrwalsi siedzieli przed pecetami do 3-5 nad ranem.
Piątek, 11.09. Nie było czasu na długi sen. Film musiał być gotowy do 18, ale i tak każdy przekroczył ten czas. W składaniu, czyli montowaniu udzielali nam rad wykładowcy, którzy zawsze służyli pomocą. Po skończeniu pracy (choć nie wszyscy ukończyli ją w 100 procentach) w okolicach 20, mieliśmy krótką przerwę, aby się „ogarnąć”. Na 20.20 był zaplanowany pokaz naszych „dzieci”. Do starej stodoły przyszli mieszkańcy, którzy entuzjastycznie przyjęli świeżo nakręcone filmy. W wielu przypadkach filmy wykonano – według naszych prowadzących - profesjonalnie i z talentem. Czuliśmy dumę i satysfakcję. Po pokazie odbył się bankiet pożegnalny. Tańce, hulanki, swawole trwały do późnych godzin nocnych. Wszyscy się świetnie bawili i każdy żałował, że to już ostatni dzień.
Sobota, 12.09. Dzień odjazdów i pożegnań. Wracaliśmy tym samym sposobem, jakim przybyliśmy do Rakovic, czyli pociągiem do Pragi. W stolicy Czech znów poszliśmy na Stare Miasto i o 21 ruszyliśmy w stronę ojczyzny. Ok. 4.40 dojechaliśmy do Katowic. Później jeszcze dwugodzinna droga do domu i tak moja przygoda z Letnią Szkołą Filmu Dokumentalnego Anno Domini 2009 dobiegła końca. Niestety.
Red.: Podsumuj, Bartku, wyjazd.
BB: Co wyniosłem z tego wyjazdu?
1) Masę przydatnych informacji pomocnych przy robieniu filmu.
2) Świadomość, że mój angielski jest jednak słaby ;)
3) Konieczność założenia facebooka, aby skontaktować się z poznanymi w Rakovicach ludźmi ;)
Jeżeli ktoś zaproponowałby mi taki wyjazd po raz drugi, nie zastanawiałbym się ani sekundy.
Bartosz Bednarz(3aG)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz